Miasto słońca – opowiadanie

Miasto słońca – opowiadanie

Wagon był pusty. Duże okna sięgały od podłogi aż po sufit, zaokrąglając się w delikatny łuk. Były czyste i nowe. Dzięki nim widziałam jak w oddali poruszają się migocące światła latarni ulicznych, kolorowe girlandy na podwórkach przed domami i poruszające się jednostajnie elektrocykle. Niebo było czarne, zupełnie czarne. Rozłożyłam się wygodnie na fotelu. Pachniało cytrusami i tytoniem.

– Podać kawę? – zapytał uprzejmy, młody mężczyzna o jasnych włosach i zielonych oczach.
– Poproszę, czarną bez cukru i mleka. Całkiem czarną.

Skinął głową i wyszedł drzwiami z przodu wagonu. Drzwi zasunęły się z sykiem. Wagon znów był cichy.

Zerknęłam na swoje notatki i jeszcze raz przejrzałam zdanie po zdaniu czytając wybrane pytania na głos.

– Jak pan się czuje w tym miejscu? Ile czasu spędzi pan na zwiedzaniu miasta? Czy w porównaniu z innymi miastami, widzi pan znaczącą różnicę w funkcjonowaniu społeczności? Jak mieszkańcy Solarii odnoszą się do pozostałych miast?

Do tego pytania techniczne: o wymianę ciepła, konserwację stelaży i zewnętrznej pokrywy, oraz medyczne: o wpływ dostępu do promieni słonecznych na zachowanie mieszkańców. Było tego sporo, a czasu niewiele. Byłam szczęściarą, że spędzę tam aż tydzień. Większość przyjezdnych po maksymalnie trzech dniach musi opuścić Solarię, aby zwolnić miejsce kolejnym turystom przybywającym z całej planety.

Młody mężczyzna przyniósł kawę i podał mi ją ostrożnie. Widziałam na jego twarzy lekkie zakłopotanie. Po chwili zapytał:

– Czy pani jest tą kanclerz, która…
– Tak – przerwałam mu uśmiechając się lekko.
– Mieszkam sto pięćdziesiąt kilometrów od Solarii, w takim małym miasteczku. Nie czuję się tu dobrze. To miasto ma w sobie coś złego, wystarczy się rozejrzeć… – spojrzał za siebie i wyszedł jakby wystraszony

Skinęłam głową, chociaż nie wiedziałam, co miał na myśli. To będzie pierwszy raz, gdy zobaczę słońce i mam nadzieję, że nie ostatni.

Siedziałam jeszcze półtorej godziny wpatrując się w widoki za oknem, gdy po raz pierwszy dostrzegłam żółtą smugę. Przecinała czarne niebo i rozpraszała we mgle sunącej nisko nad ziemią. Po chwili pojawiały się kolejne, im było ich więcej, tym więcej zielonych wzgórz i rozłożystych drzew. Każdy kolejny kilometr pokonywany przez kolej to więcej światła, złotego i orzeźwiającego. Czułam, jak drżą mi dłonie i nie mogłam przestać patrzeć.

Wagon zatrzymał się powoli i cicho. Słyszałam rozmowy i po chwili znów ruszyliśmy. Przed wjazdem do Solarii każdy pociąg musiał otrzymać specjalne pozwolenie, jeżeli z jakiegoś powodu strażnik go nie wydał, wagony zjeżdżały na bocznicę. Takich wagonów było zawsze kilka.

Zielone wzgórza zostały zastąpione przez niewielkie domki na przedmieściach. Przeszklone, czyste i zadbane jak nigdzie indziej. Do Centrum Konferencyjnego pozostało kilka kilometrów. Światło słoneczne wpadało przez duże okna i rzucało cienie, które przesuwały się wraz z kierunkiem jazdy wagonu. Pamiętam ciepło, jakie poczułam gdy musnęły moją dłoń. Było przyjemne i odprężające.

– Stacja Centrum Konferencyjne. Proszę o zabranie swojego bagażu i zarejestrowanie się w Punkcie Przyjezdnych. Życzymy udanej wizyty – poinformował mnie życzliwy, kobiecy głos.

Wysiadłam ciągnąc za sobą brązową walizkę ze skóry i niosąc na ramieniu bawełnianą torbę. Było ciepło, bardzo ciepło. Czułam, jak mój organizm próbuje się ochłodzić, a niewielkie kropelki potu pojawiają się na czole, dłoniach i dekolcie. Było za ciepło.

– Pani Ada Nowalijka? – odwróciłam się, za mną stał wysoki mężczyzna, w moim wieku z ciemnym zarostem i czarnymi, starannie wymodelowanymi włosami. Uśmiechał się pokazując perfekcyjne uzębienie. Skinęłam głową. – Wezmę pani bagaż, na parkingu czeka taksówka. Zaopiekuję się panią. Do hotelu mamy dziesięć minut jazdy, mam nadzieję, że nie jest pani zmęczona, bo bardzo mnie interesują pani pierwsze wrażenia z Solarii.
– Piękne miasto – westchnęłam. W odpowiedzi mężczyzna zaśmiał się głośno, pewnie słyszał to już setki razy.

Wsiedliśmy do taksówki, która jak wszystkie inne pojazdy, była jasna i miała duże okna z nieskazitelnego szkła.

– Robi wrażenie, prawda?
– O tak, wie Pan, poza Solarią świat wygląda zupełnie inaczej. Niebo przysłania tarcza, a jedyne światła to lampy uliczne, które choć symulują pory dnia i nocy, nie mają szans z tym – pokazałam palcem na niebo
– Wiem jak wygląda, byłem tam raz, chociaż urodziłem się tutaj. Miałem sporo szczęścia. To długa historia – skwitował.

Zatrzymaliśmy się pod dużym, szklanym wieżowcem rzucającym przyjemny cień na parking. Upał stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Nim zdążyłam wysiąść, do taksówki podbiegło dwóch mężczyzn w wojskowych mundurach. Młodszy z nich chwycił mój bagaż i zniknął za obrotowymi drzwiami.

– Witamy w naszym mieście! – powiedział starszy, uśmiechając się szeroko – Mam nadzieję, że pobyt tutaj sprawi pani ogromną radość. Ach tak, proszę się nie przejmować. Rzeczywiście jesteśmy wojskowymi ale to dla pani nie ma żadnego znaczenia. Mam na imię Gerard i będę, jakby to powiedzieć, otaczał panią opieką.

Moja podejrzliwość rosła z każdą sekundą. Udając nieprzejętą, odwzajemniłam uśmiech.

– Dziękuję, cieszę się, że to mi powierzono zadanie opisania Solarii i skutków działania promieniowania słonecznego na mieszkańców – wiedziałam, że zabrzmiało to sztucznie i trywialnie, ale czułam, jak opalona twarz przygląda mi się dokładnie.

Gerard skinął uprzejmie głową i zaprowadził mnie do apartamentu w hotelu. Był jasny. Dla mnie, aż za jasny. Całe życie spędziłam w sztucznym, mało intensywnym świetle, dlatego to, co miałam przed oczami, było jak wbicie tysiąca drobnych szpilek w źrenicę. Czułam, jak się zwężają , próbują skurczyć jeszcze bardziej, aby za wszelką cenę ochronić mój zmysł wzroku. Białe ściany, meble i podłoga w odcieniach dębu sonoma – wszystko kłuło w oczy. Widząc moją reakcję, Gerard sięgnął po leżący na szafce obok pilot i jednym dotknięciem zmienił ten koszmar w nieco bardziej znośną wersję. Rolety zsuwały się powoli z cichym szmerem. Półprzezroczysty materiał delikatnie rozpraszał światło, a ja poczułam lekką ulgę.

– Przepraszam, trudno jest mi się przyzwyczaić do takich reakcji – powiedział ze skrywanym zażenowaniem. W odpowiedzi skinęłam głową. Bez słów podał mi klucze – widzimy się za dwie godziny w restauracji na trzydziestym piętrze.

Zostałam sama. Widziałam ukryte w ścianach czujne oczy kamer. Kolejną godzinę spędziłam na rozpakowywaniu walizki. Nie miałam już siły na nic, mój umysł miał dość tego światła, tego słońca, tej Solarii. Położyłam się na dużej kanapie z butelką wody i okładem z chłodnego, mokrego ręcznika. Włączyłam telewizor, a na matowym ekranie pojawiła się młoda kobieta opowiadająca nudnie o wydarzeniach z miasta. Nie działo się nic ciekawego, więc na siłę w programie upychano radosne nowiny o znalezionym kocie, nowych wolontariuszach w szpitalu, aktualnej pogodzie i o mnóstwie innych, nieistotnych spraw.

Leżałam wpatrzona w sufit, gdy wśród słów rozpoznałam własne nazwisko. Zerwałam się i wyprostowana patrzyłam na migocący ekran.

– Tak, masz rację. Pani Nowalijka już jutro będzie gościem w Centrum Konferencyjnym, gdzie spotka się z Radą Ziemi – brunetka z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem zerkała na współprowadzącego.
– To pierwsze tego typu spotkanie w naszym mieście. Plany częściowego rozebrania tarczy krążą w kuluarach już od kilku lat, dlatego spotkanie jest przełomem – mężczyzna oparł prawy łokieć na stole i na wysokości twarzy zwinnie obracał trzymany w dłoni długopis.
– Kanclerz jest wielką zwolenniczką częściowego demontażu tarczy, jeżeli jej raport przekona pozostałą część Rady Ziemi, jest nadzieja na zwiększenie powierzchni nasłonecznionych.
– O tak, byłoby to najważniejsze wydarzenie od czasu budowy tarczy. Mimo to, trudno mi uwierzyć, ze względu na przeważającą liczbę członków Rady o poglądach zdecydowanie przeciwnych jakiejkolwiek ingerencji.
– Masz na myśli poglądy, według których tarcza powinna zostać nienaruszona?
– Tak, te poglądy są dominującymi, dlatego nie sądzę, aby wizyta Kanclerz cokolwiek zmieniła.
– Dziękujemy za uwagę. Zapraszamy na kolejny program publicystyczny już za chwilę – kobieta uśmiechnęła się, a na ekranie pojawiło się pasmo kolorowych, pełnych słońca reklam.

Dochodziła godzina szesnasta. Wzięłam szybki, chłodny prysznic i czując się znacznie lepiej wsiadłam do pustej windy. Czekało mnie dwadzieścia siedem pięter. Cyfry nad wyjściem zmieniały się szybko, choć wydawało mi się, że winda nawet nie drgnęła. Drzwi rozsunęły się cicho i poczułam uderzenie wielu zapachów: pieczone mięso, słodkie desery, alkohol i mdły dym z elektronicznych papierosów, które z niewiadomych przyczyn stały się bardzo modne. Obrzydliwość.

Przy stoliku obok przeszklonej ściany siedział wpatrzony w panoramę miasta Gerard. Był zamyślony i zauważył mnie dopiero, gdy usiadłam naprzeciw niego.

– Przepraszam, zapatrzyłem się. Ten widok nigdy mi się nie znudzi – powiedział.

Miał rację. Spojrzałam za okno. W oddali, na horyzoncie rysowała się granica tarczy. Tam kończyło się niebo, a zaczynała stalowa konstrukcja wypełniona wielkimi płatami materiałów pochłaniających energię słoneczną. Soladen, tak nazywał się wielki wynalazek ludzkości. Opracowano go z myślą o użytku domowym i pozyskiwaniu energii, jednak szybko znaleziono dla niego nowe zastosowanie. Elastyczny, odporny, niemal niezniszczalny. Ci, którzy nienawidzili tarczy, a było ich całkiem sporo, jedyną nadzieję na jej usunięcie żywili w czymś, co uderzy z kosmosu, przy okazji zabijając ich samych.

– Nie szkodzi – uśmiechnęłam się próbując ukryć wrażenie, jakie zrobił na mnie ten widok.
– Zjesz coś? Właściwie, pozwól że wybiorę danie za ciebie. Znam tutejszą kuchnię i gwarantuję, że nie pożałujesz – powiedział, a ja jedynie skinęłam głową – Dobrze, powiedz mi proszę, na czym dokładnie ma polegać twoja wizyta i jak mogę ci pomóc? Dysponuję jedynie szczątkowymi informacjami.
– Coraz więcej mówi się o tym, że jedna szczelina w tarczy to za mało, powinno być ich kilkanaście lub kilkadziesiąt nad najważniejszymi miastami – zaczęłam, gdy skończył składać zamówienie. – Wiem, że Rada nie jest skora do podjęcia się demontażu części tarczy, ale być może, kto wie, jakimś cudem uda się zdobyć kilka potrzebnych głosów.
– Cztery. Potrzebujesz dokładnie czterech głosów – wtrącił.
– Tak, cztery wystarczą. Jak wiesz, jestem Kanclerzem rejonów o pełnym zacienieniu. Tam Słońca nie widziano od dekad, a większość mieszkańców to młodzi ludzie, którzy promieni słonecznych nie widzieli wcale. Urodzili się, gdy tarcza już wisiała im nad głowami. Jako Kanclerz tak dużej części Ziemi, bo obejmuje to około jednej czwartej zacienienia, mam dość dużo do powiedzenia. Zwłaszcza, że dysponuje terenami z których pochodzi osiemdziesiąt procent wydobycia minerałów potrzebnych do budowy akumulatorów wzdłuż tarczy, które w przeciwieństwie do soladenu, trzeba wymieniać dość często.
– A jeżeli Rada nie zaopiniuje pozytywnie demontażu tarczy?
– Większość ludzi ze strefy pełnego zacienienia popiera pomysł demontażu – odparłam, wymigując się od odpowiedzi.
– Tak, ale ten procent powoli spada – zauważył trafnie.

Obiad był gorący i smaczny. Gerard nie pytał już o tarczę, ani cel mojej wizyty, skupił się na tematach mniej kontrowersyjnych. Opowiadał o mieście, o ulubionych rozrywkach, parkach, kawiarniach i innych nieistotnych rzeczach. Gdy na zewnątrz powoli zaczęło się ściemniać, zaproponował, by wyjść na taras. Drzwi automatyczne otworzyły się cichutko, a na twarzy poczułam uderzenie chłodu. Rześkość powietrza była przyjemną odmianą po dusznym wnętrzu restauracji.

– Wiesz, to nie jest tak, że Radzie specjalnie zależy na tym, aby Solaria została jedynym naturalnie oświetlonym miejscem na ziemi – zaczął.
– Wiem o co chodzi. Plotki docierają nawet do nas – uśmiechnęłam się lekko, cały czas wpatrując się w ciemniejące niebo. Powoli pokrywało się dziesiątkami, setkami małych, świecących punkcików. Do tej pory gwiazdy widywałam jedynie na ekranach lub w książkach. – Mam zamiar wykonać swoje zadanie rzetelnie. W piątek przesłuchanie przed Radą. Tak, publiczne, taki był warunek. Do tego czasu poznam trochę to miejsce.

Rozmawialiśmy jeszcze kilka chwil. Byłam zbyt zmęczona, by dalej opowiadać, więc pod byle pretekstem wróciłam do hotelu. Sen przyszedł jak za pstryknięciem palca.

 

Pięć dni minęło szybko. Codziennie kilkukrotnie przemierzałam miasto taksówką lub wypożyczanymi elektrocyklami, które, o dziwo, były bardzo wygodne. Rozmawiałam z technikami obsługującymi tarczę, z inżynierami, spawaczami, projektantami, a nawet z lekarzami różnych specjalizacji. Zebrałam mnóstwo materiałów, które dzień przed przesłuchaniem uporządkowałam według dziedzin i istotności danego zagadnienia. I choć zajęło mi to wiele godzin, byłam zadowolona z efektu. Wiedziałam już, że argumenty za częściowym demontażem tarczy są silne i mają oparcie w zebranych przeze mnie wywiadach. Miałam jednak kilka wątpliwości co do reakcji mieszkańców terenów nieoświetlonych na dawkę naturalnego promieniowania słonecznego. Choć wielu z nich chętnie zamieszkałoby w mieście takim, jak Solaria, to zwiększał się procent tych, którzy byli sceptyczni. Gerard miał rację.

Sala konferencyjna miała okrągły kształt i sufit w kształcie kopuły. Grube szkło przepuszczało dużo światła, a prośby o włączenie systemu przyciemniającego skończyły się stwierdzeniem: nie działa. Siedziałam w pierwszym rzędzie, przyglądają się, jak co chwilę pojawia się nowy członek Rady. Byli podobni: ten sam wyraz twarzy, ta sama mimika i te same zmęczone spojrzenia. Miałam wrażenie, że siedzą tam z przymusu.

Pół godziny później sala była pełna. Przyjechali mieszkańcy Solarii, turyści, a także burmistrzowie i prezydenci miast stref zacienionych. Poczułam się trochę przytłoczona. Pierwszy raz to ode mnie mogło zależeć tak wiele. Posegregowany raport czekał na moich kolanach. Czułam, że drżą mi dłonie.

– Witam zgromadzonych! Witam Radę Ziemi oraz przedstawicieli miast ze strefy zacienienia. Na początek chciałbym, jako przewodniczący Rady, zapewnić o naszej otwartości na państwa argumenty i opinie… – mężczyzna o bezkształtnej, można nawet powiedzieć, że szkaradnej twarzy mówił jeszcze kilkanaście minut. Być może zauważył znudzenie gości, którzy powoli wpadali w stan uśpienia, ponieważ urwał w pół zdania. – Dziękuję, a teraz zapraszam panią Kanclerz – poczułam uderzenie gorąca. Wstałam i najspokojniej jak potrafiłam, podeszłam do mównicy ustawionej naprzeciwko długiego stołu Rady i ukośnie do pozostałych gości.
– Dziękuję, panie Przewodniczący. Bez zbędnego przeciągania chciałabym przejść do meritum. Przede wszystkim cel mojej wizyty – rozejrzałam się po sali zauważając, że nastąpiło pewne ożywienie nową osobą. – Celem było rzetelne zaopiniowanie częściowego demontażu tarczy dla największych miast na Ziemi. Dlatego zebrałam zarówno informacje techniczne, jak i opinie lekarskie oraz psychologiczne. Postaram się je przedstawić zwięźle i w sposób zrozumiały.

Czując, że czeka mnie długi monolog, napełniłam szklankę wodą i wypiłam kilka łyków. Tak, to będzie długi dzień.

Opisałam wszystko. Rozmawiając z technikami dowiedziałam się, że tarcza została zaprojektowana tak, aby jej częściowy demontaż był możliwy i stosunkowo prosty. Bardzo mnie to zdziwiło, bo pomysłodawcy budowy to ekoterralodzy, których głównym celem było pozyskiwanie energii słonecznej za wszelką cenę, kosztem każdych innych rozwiązań. Tarcza owszem, dostarczała nawet nadmiar energii, jednak było to okupione odcięciem dziewięćdziesięciu procent ludzkości od naturalnego dla nich promieniowania słonecznego. Budowa trwała dwa lata i zaangażowano niemal wszystkie jednostki Straży Atmosferycznej. Propaganda działała dobrze, bo większość mieszkańców strefy zacienienia szybko pogodziła się ze swoim losem. Na ulicach zainstalowano latarnie zmieniające barwę światła, a w ogródkach specjalne oświetlenie, aby uprawy w żaden sposób nie ucierpiały. Sprzęt dostarczały Rządy, nie do końca wiadomo skąd. Chociaż z pewnością firma produkująca oświetlenie do ogrodów i szklarni należała do jednego z ekoterralogów. Przedstawione dokumenty, które to potwierdzały, wywołały spore poruszenie na sali.

– Proszę o ciszę! – zaapelował Przewodniczący i skinął, gdy sytuacja została opanowana.

Kolejnym punktem w przesłuchaniu była aktualna sytuacja i stan tarczy. Chociaż sam soladen tracił jedynie jedną setną swojej efektywności przez sto lat, to akumulatory zainstalowane tuż pod nim trzeba było wymieniać co roku, a nawet i częściej. Do tego dochodziła kwestia ich utylizacji, ekoterrolodzy zalecali ponowne ich używanie, co generowało znów ogromne koszty. Transport na Ziemię, oczyszczanie, usuwanie toksycznych substancji, które wytwarzały się (nie wiadomo dlaczego) w większych ilościach, niż w akumulatora pracujących na powierzchni planety. Do tego konieczność drenowania Ziemi do głębokich warstw i wydobywanie minerałów do produkcji nowych rdzeni. Zamiast recyklingu i odzysku możliwie dużo ze starych, zużytych akumulatorów, używano jedynie dziesięć, do dwudziestu procent. Propozycja wysyłania pakietów elektrośmieci daleko w kosmos nie spotykała się z entuzjastycznym przyjęciem.

Sprawy technologii związanych z tarczą omawiałam kilkadziesiąt minut. Wielokrotnie zarządzano przerwy, podczas których dziennikarze otaczali mnie z każdej strony. A dlaczego pani tak uważa? Czy tarcza nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego? Przecież wielu pani zwolenników nigdy nie poprze pomysłu demontażu nawet fragmentu tarczy, jak pani ustosunkuje się do ich zarzutów?

Najciekawszym punktem moich obserwacji i zbierania informacji były wywiady z lekarzami pracującymi zarówno w szpitalach w Solarii, jak i pozostałych częściach globu. Część medyków była przekonana, że w żadnym wypadku nie powinno się demontować choćby kilometra kwadratowego tarczy tam, gdzie ludzie przywykli już do ciemności. Chodziło głównie o te osoby, które urodziły się w trakcie lub krótko po jej instalacji. Według tych lekarzy, tak krótki czas wystarczył, aby organizm ludzki przywykł do nowych warunków sztucznego oświetlenia. Naturalne promieniowanie słoneczne nie tylko negatywnie wpłynęłoby na ich skórę (łatwo powodując oparzenia), ale i psychikę. Na dowód tego pokazano mi dokumentację medyczną, zgodnie z którą młodzi turyści pochodzący spoza strefy nasłonecznienia, doznawali wspomnianych wcześniej problemów już po dwóch dniach pobytu w mieście słońca. Poparzenia, rozdrażnienie, bezsenność, ataki paniki, a u niektórych aktywowały się napady padaczkowe. Prawdziwość tych tez potwierdzili mi lekarze z miast ze strefy zacienienia. Nie dotyczyło to ułamka młodych osób, lecz około osiemdziesięciu pięciu procent. Z kolei u starszych dolegliwości występowały, jednak były zdecydowanie łagodniejsze. Trzy dni na Solarii wystarczyło, aby młody turysta nigdy więcej nie chciał widzieć słońca.

Wszystkie zebrane fakty związane ze zdrowiem wywołały we mnie sporo wątpliwości. Zaczęłam zastanawiać się, czy cofnięcie skutków braku promieniowania jest w ogóle możliwe. Oczywiście w żaden sposób nie podważyło to moich podejrzeń, co do ścisłych powiązań ekoterralogów z biznesem opartym na tarczy, jednak chyba Gerard miał rację, kiedy mówił, że ludzie zwyczajnie nie chcą naturalnego światła. Miasto słońca to dla nich zbyt wiele. Mimo wszystko, po kilku latach drążenia w skale udało mi się zachęcić Radę Ziemi do wysłuchania tego, co powinno być wzięte pod uwagę już dawno temu.

– Dziękuję, to było bardzo pouczające – powiedział gładko Przewodniczący. – Wszystkie argumenty zostaną należycie przeanalizowane. Zarządzam dwugodzinną przerwę, podczas której wraz z pozostałymi członkami Rady udamy się na konsultację – ukłonił się wszystkim i żwawym krokiem wyszedł z sali.

Gerard zaprosił mnie na późny obiad w tej samej restauracji, w której jadaliśmy już wcześniej. Przez kilkanaście minut milczał i wpatrywał się w panoramę miasta.

– Zgadzam się z tobą, tarcza powinna zostać zdemontowana – powiedział nie odrywając wzroku od miasta.
– Ale wiesz, że to się nie wydarzy. Nie teraz, nie jutro, nie za naszego życia.
– Tak.
– Znasz powód? Wiesz dlaczego ludzie nienawidzą Solarii i słońca?
– Rozejrzyj się – odparł zmartwiony. Prawą dłonią drapał się po policzku, nerwowe tiki zdradzały, że wie coś więcej.

Wiedziałam, że nic nie powie. Wstałam i pożegnałam go lekkim, pełnym zrezygnowania uśmiechem. Musiałam wyglądać żałośnie.

Rada negatywnie zaopiniowała częściowy demontaż tarczy. Żaden metr soladenu nie mógł zostać zdjęty ze stalowego stelaża otulającego Ziemię. Kwestie powiązań biznesowych uznano za nieistotne, ponieważ “firmy te doskonale wywiązują się z kontraktów”. Miało być tak, jak było od lat.

 

Wagon pachniał dziesiątkami zapachów. Wszystkie miejsca były zajęte, turyści wracali do swoich domów. Część z nich wyglądała na zmęczonych, inni po prostu spali, kolejni łykali tabletki przeciwbólowe – jedna po drugiej. Wszyscy młodzi, silni i gotowi. Czułam się bardzo zmęczona tym miastem, dlatego z radością opuściłam tę piękną, pełną naturalnego światła strefę.

Czujniki w korytarzu błyskawicznie zareagowały na moje przybycie. Mój dom, mój salon, moja ciemność – idealnie. Poczułam, jak powoli mija ból głowy. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do znajomego lekarza z pobliskiego szpitala.

– Pewnie, to widzimy się w Szajce o dwudziestej?
– Jasne, do zobaczenia.

Bar był mały. Kilkanaście stolików i jako taka cisza sprawiały, że bardzo lubiłam to miejsce. Dużo zniszczonych drewnianych mebli, przetarte linoleum na podłodze i akwarium, które z wielką wyobraźnią ustawiono na półce nad kasą. Za każdym razem gdy podchodziłam zapłacić za zamówienie, miałam wrażenie, że cała ta zawartość wyląduje na mojej głowie.

– Cześć Olek! Nie zauważyłam cię… – powiedziałam, gdy starszy mężczyzna o wesołej twarzy usiadł przy moim stoliku.
– Jak tam wizyta w Solarii? Całe miasto o tym mówiło. Szum niesamowity, wiesz? No tak, ale nie martw się, nikt nie ma do ciebie pretensji, bo zrobiłaś kawał dobrej roboty. Uda się innym razem – mówił szybko i radośnie, jakby zdawał relacje z jakiegoś filmu. – Wiem, nie po to mnie tu sprowadziłeś. Słucham.
– Zapoznałeś się z zebraną przez mnie dokumentacją medyczną z Solarii? Tak? Ok. W takim razie powiedz mi, o co chodzi? Dlaczego ci ludzie nie chcą tam wracać i jak ich przekonać do zmiany zdania?
– Rozglądałaś się po tym mieście? – zapytał wypijając kilka łyków piwa pszenicznego. Wiedziałam, że parę miesięcy wcześniej również tam był. – Ludzie mają w nosie biznesy ekoterralogów, bo idą im na rękę. Młodzi nie chcą być zmuszani do życia w słońcu, ich to zwyczajnie razi.

Poczułam uderzenie gorąca. Olek zauważył moją reakcję.

– Oj, Nowalijka, Nowalijka… – powiedział, kręcąc na boki głową i śmiejąc się na głos.

Gerard i Olek mieli rację, wystarczyło się rozejrzeć. Wagon, szklane ściany, światło – to wszystko było zbyt wiele dla organizmu od urodzenia żyjącego w ciemności. W mieście słońca nie było ciemnych kolorów, wszystko działało tak, aby światła było jak najwięcej. Każdy element Solarii rozpraszał promienie, które uderzały ze zdwojoną siłą w narząd wzroku. Jak w hotelu – jasność, rażąca, prowadząca do tego, że ciężko było się skupić.

Gerard i Olek mieli rację, wystarczyło się rozejrzeć. Tylko ten drugi myślał, że to zupełnie naturalne zjawisko, podczas gdy pierwszy zdawał sobie sprawę, że była to przemyślana broń.

– Słyszeliście? Teraz wizyta w Solarii będzie tańsza! – krzyknął barman do siedzących obok nas trzech mężczyzn. – Chcą potroić ilość turystów przyjmowanych każdego roku. Kto wie, może załapiemy się z żoną i dzieciakami na tegoroczną wycieczkę.

Olej spojrzał na mnie z wyrazem zrozumienia.

– Kiedy kolejne przesłuchanie? – zapytał marszcząc brwi.
– Za półtora roku… – powiedziałam.
– Obawiam się, że do tego czasu nie będziesz miała już żadnych zwolenników – wypił resztkę piwa i gestem zamówił kolejny kufel pełen słonecznej barwy napoju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *